w sierpniu ciepło, ale kocyk jest niezbędny. To mój sposób na pasteryzację. Do gorących słoików wyjętych prosto z pieca, w którym jest 100 stopni, wlewam wrzące konfitury lub inne cudeńka letniego czasu.
tutaj:
jak widać -
- pomidory.
Zakręcam, odwracam do góry dnem i okrywam. Jeszcze po dobie były ciepłe.
Tak się tam grzeją,
zażywają wygód,
zanim trafią do chłodnej piwnicy, by czekać na odpowiedni czas.

Otulam białą wełną myśli o czasie przyszłym, chłodnym, kiedy będzie dobrze wrócić do domu po zmroku i zrobić szybko makaron z pomidorowym sosem. Albo w mroźny poranek posmarować chleb konfiturą z owoców...
Ech, dlaczego lato jest takie krótkie? I w tym roku mało owocowe. Na bazarku nasz znajomy pan Sławek, u którego zawsze kupowałam węgierki pod koniec października, przyniósł te drobne słodkie śliwki już teraz. I na dodatek prawie nie było moreli... Dlatego konfitury robiłam tylko z żółtych śliwek i...

A dzisiaj Młoda i Mensz wybyli na parę godzin więc w tym czasie oprócz przewalczenia góry prasowania zrobiłam konfiturom koszulki.
Chyba powinnam napisać: kapelusze ;)
A potem trochę poszalałam z aparatem (i programem komputerowym).
Teraz zamierzam się pochwalić efektami tych zabaw i to naprawdę tylko znikoma część zdjęć, które mi się podobają!:
Na koniec skromne wyznanie. Nie jestem tylko pewna co komu wyznaję. W każdym razie moja dwójka Włóczęgów wróciła do domu kiedy robiłam to zdjęcie. Pewnie dlatego źle wykadrowałam ;)