Etykiety
- codzienność czasem szara czasem nie (55)
- dekupaż (6)
- dla dzieci (30)
- drobiazgi (29)
- filc na tysiąc sposobów (37)
- kuchnia (11)
- prace wspólne pieskowe (17)
- różne różności (14)
- scrap (4)
- torby torebeczki torebki (35)
- tutoriale (3)
- zosine skarby (10)
pieskimarleski@gmail.com
poniedziałek, 31 marca 2014
reaktywacja
Bardzo dużo się dzieje pod naszym dachem - dosłownie i w przenośni. Czas jest bezlitosny i niekiedy pokazuje różki, a niekiedy skrzydła anielskie. Owe "niekiedy" następują po sobie tak szybko, że wydaje się, jakby trwały jednocześnie. W tym czaso-mknieniu odnajduję drobiazgi - kotwice zarzucone głęboko w czasie przeszłym; jak sobie tak pomyślę - czasie o wiele wolniejszym (tak, ulegam złudzeniu powszechnemu - przeszłość jawi mi się pozornie idealna, a przynajmniej lepsza od "dzisiaj"). Taką kotwicą jest odszperane gdzieś w zanadrzu pióro, którym robiłam notatki do magisterki, notatki na zajęciach, napisałam nim wiele listów... tak, to było jeszcze wtedy, gdy kupowało się ładny papier, żeby napisać długi list, a wersja Windows, na której uczyłam się obsługi komputera nosiła magiczny numer: 3,11. Nie miałam adresu mailowego, w każdym razie nie w takim znaczeniu jak dziś się go miewa ;)
Pióro służyło mi czas jakiś po studiach, później, w ferworze licznych przeprowadzek i przewrotów życiowych, podróżowało po prostu za mną ustępując miejsca "szybszym" pisadełkom. Nie chciałam się z nim rozstać, nie tylko ze względu na osobę, która mi je ofiarowała. I też nie dlatego, że jestem - jak mensz mówi - manelarą. To pióro niosło w sobie coś, czego nie potrafiłam i nie potrzebowałam nazywać. Nadal nie potrzebuję, ale jak wzięłam je do ręki ostatnio po dłuuuugiej przerwie, ech! - uwierzyłam w podróże w czasie!!! I przyszła mi myśl, żeby sprawdzić czy można jeszcze go używać. Ponieważ odłożyłam je dawno bez zamiaru magazynowania, czyli nie czyściłam go - pomyślałam, że może trzeba spróbować najpierw je przepłukać. Woda do miseczki, połówka pióra do kąpieli i to dopiero była radość!!! Atrament sprzed szesnastu lat!!! Szybko złapałam aparat i oto są takie obrazy! Akwarele doskonałe :)))
Pióro działa.
Czasy się zmieniły i wybór atramentu jak w tęczy.
Nabiłam morskim kolorem.
Litery jak woda Laguny Balos na Krecie.
Stalówka sunie po kartce gładko i lekko jakby nie znała pojęcia "czas".
poniedziałek, 3 marca 2014
nowa miłość, a może tylko zauroczenie?
- czas pokaże.
Podobno do smaków pikantnych trzeba dorosnąć. Zdaje się, że dorosłam. Oczywiście nie chodzi o pikantność dla samego uczucia ognia w ustach, przełyku, uszach, dla wrażenia wypalonej śluzówki i wyżartych oczu, kiedy tak przypadkiem po cięciu chilli potrze się oko... Przeżycia niezapomniane;)
Ale do rzeczy. Od czasu jakiegoś wnikam w kuchnię orientalną. Nigdy wcześniej te kierunki kulinarne mnie nie pociągały, owszem niektóre przyprawy, drobne smaczki i tyle, bez namiętności.
Jak zwykle wszystko zaczęło się od Gogi, która namawiała mnie na zrobienie potrawy z masalą, na co ja - też jak zwykle - opierałam się, że nie bardzo mi leży ta kuchnia, na co Goga - jak zwykle konsekwentnie - że jak zrobię, to na pewno mi posmakuje... Wzięłam byka za rogi i na progu zimy postanowiłam przetestować podniebienia gości urodzinowych, przyzwyczajonych do mussaki, bakłażanów z papryką i tym podobnych greckich aromatyczności.
Po raz pierwszy gotowałam danie od początku do końca według przepisu, tego przepisu. Trochę obawiałam się, że nie dam rady z przyprawami, w końcu to smaki zupełnie odmienne!!! Dlatego wydrukowałam przepis i z kartką przed oczami tarłam imbir (dotąd używałam go jedynie do herbaty i rosołu!), odmierzałam kolorowe proszki, podsmażałam je - przeistaczając dom w gorącą jaskinię.
Efekt piorunujący. Przede wszystkim aromatyczny, choć też ognisty, ale właśnie ta pikantność niewiele ma wspólnego z nadużytym pieprzem.
"To jest pyszne!!! Możesz częściej takie robić, mamo!!!" - reakcja Młodej ucieszyła mnie najbardziej, bo wiedziałam, że to jest też mój smak i będę do niego częściej wracać, zwłaszcza zimą - to danie niesamowicie rozgrzewające. Okazało się też, że nawet nie przeszkadza mi czosnek, choć w normalnych okolicznościach omijam go szerokim łukiem.
Druga w kolejce była zupa tajska cytrynowa z kurczakiem. Tym razem było trudniej, bo zaczęło się pewnego styczniowego mroźnego dnia, gdy taką zupę zjadłam w knajpie. Wpadłam w dziki zachwyt, choć zupa była tak ostra, że kurczak tikka masala to przy niej danie dla niemowlaków. Jest jednocześnie cudownie lekka i subtelna w smaku, pachnąca i... co tu dużo mówić - zawróciła mi w głowie! Przeczytałam dziesiątki przepisów na tajskie zupy i coś niecoś z tego posklejałam, dorzuciłam swoje trzy grosze na podstawie tego, co pamiętałam i tak skomponowałam swój przepis na tajską cytrynową z kurczakiem. Tak, wiem, że powinnam tu podać przepis, ale jeszcze sama go nie spisałam, bo wciąż ją modyfikuję dążąc do ideału. Ostatnio wreszcie chyba udało się osiągnąć ten smak, jeszcze tylko jedna drobna poprawka chodzi mi po głowie. Jak przetestuję to wtedy może wypuszczę.
Przez tę cytrynową zupę dostałam kota na punkcie trawy cytrynowej, absolutnie zakochałam się, wprawia mnie jej zapach i aromat w stan uniesienia, błogości... Mogłabym siedzieć i wąchać, podobnie jak mydło syryjskie z oleju laurowego i oliwy. Bez końca!
Niestety, Zosia stwierdziła, że tajska cytrynowa jest ohydna! Cóż, zraniła moje uczucia nieco, ale wybaczam jej. Musi dorosnąć. Póki co nie rezygnuję, już pogodziłam się z myślą, że tajska cytrynowa oznacza gotowanie równolegle pomidorowej z ryżem.
Miłość ma swoją cenę.
Miłość do Młodej oczywiście.
Co do orientalnego garnka - to się jeszcze okaże, może jedynie przejściowe, choć mocne, zauroczenie?
Podobno do smaków pikantnych trzeba dorosnąć. Zdaje się, że dorosłam. Oczywiście nie chodzi o pikantność dla samego uczucia ognia w ustach, przełyku, uszach, dla wrażenia wypalonej śluzówki i wyżartych oczu, kiedy tak przypadkiem po cięciu chilli potrze się oko... Przeżycia niezapomniane;)
Ale do rzeczy. Od czasu jakiegoś wnikam w kuchnię orientalną. Nigdy wcześniej te kierunki kulinarne mnie nie pociągały, owszem niektóre przyprawy, drobne smaczki i tyle, bez namiętności.
Jak zwykle wszystko zaczęło się od Gogi, która namawiała mnie na zrobienie potrawy z masalą, na co ja - też jak zwykle - opierałam się, że nie bardzo mi leży ta kuchnia, na co Goga - jak zwykle konsekwentnie - że jak zrobię, to na pewno mi posmakuje... Wzięłam byka za rogi i na progu zimy postanowiłam przetestować podniebienia gości urodzinowych, przyzwyczajonych do mussaki, bakłażanów z papryką i tym podobnych greckich aromatyczności.
Efekt piorunujący. Przede wszystkim aromatyczny, choć też ognisty, ale właśnie ta pikantność niewiele ma wspólnego z nadużytym pieprzem.
"To jest pyszne!!! Możesz częściej takie robić, mamo!!!" - reakcja Młodej ucieszyła mnie najbardziej, bo wiedziałam, że to jest też mój smak i będę do niego częściej wracać, zwłaszcza zimą - to danie niesamowicie rozgrzewające. Okazało się też, że nawet nie przeszkadza mi czosnek, choć w normalnych okolicznościach omijam go szerokim łukiem.
Druga w kolejce była zupa tajska cytrynowa z kurczakiem. Tym razem było trudniej, bo zaczęło się pewnego styczniowego mroźnego dnia, gdy taką zupę zjadłam w knajpie. Wpadłam w dziki zachwyt, choć zupa była tak ostra, że kurczak tikka masala to przy niej danie dla niemowlaków. Jest jednocześnie cudownie lekka i subtelna w smaku, pachnąca i... co tu dużo mówić - zawróciła mi w głowie! Przeczytałam dziesiątki przepisów na tajskie zupy i coś niecoś z tego posklejałam, dorzuciłam swoje trzy grosze na podstawie tego, co pamiętałam i tak skomponowałam swój przepis na tajską cytrynową z kurczakiem. Tak, wiem, że powinnam tu podać przepis, ale jeszcze sama go nie spisałam, bo wciąż ją modyfikuję dążąc do ideału. Ostatnio wreszcie chyba udało się osiągnąć ten smak, jeszcze tylko jedna drobna poprawka chodzi mi po głowie. Jak przetestuję to wtedy może wypuszczę.
Przez tę cytrynową zupę dostałam kota na punkcie trawy cytrynowej, absolutnie zakochałam się, wprawia mnie jej zapach i aromat w stan uniesienia, błogości... Mogłabym siedzieć i wąchać, podobnie jak mydło syryjskie z oleju laurowego i oliwy. Bez końca!
Niestety, Zosia stwierdziła, że tajska cytrynowa jest ohydna! Cóż, zraniła moje uczucia nieco, ale wybaczam jej. Musi dorosnąć. Póki co nie rezygnuję, już pogodziłam się z myślą, że tajska cytrynowa oznacza gotowanie równolegle pomidorowej z ryżem.
Miłość ma swoją cenę.
Miłość do Młodej oczywiście.
Co do orientalnego garnka - to się jeszcze okaże, może jedynie przejściowe, choć mocne, zauroczenie?
niedziela, 2 lutego 2014
dla koleżanki Zosi
- na 10. urodziny.
Przyznam, że ta surówka lniana jako "baza" wyglądała obłędnie!!! Chyba dla siebie też uszyję na bazie tego lnu.
A do środka (to znaczy między warstwę zewnętrzną a podszewkę) zamiast sztywnika wszyłam ocieplinę, jak do kołderek, dzięki czemu torba stała się doskonałą poduszką do przytulania ;)
Życzenie było na morski kolor. Dlatego do środka też "wpadło" a raczej przyfrunęło trochę tych kolorów:
Dziś tak krótko.
Czasem tak jest dobrze :)
Przyznam, że ta surówka lniana jako "baza" wyglądała obłędnie!!! Chyba dla siebie też uszyję na bazie tego lnu.
A do środka (to znaczy między warstwę zewnętrzną a podszewkę) zamiast sztywnika wszyłam ocieplinę, jak do kołderek, dzięki czemu torba stała się doskonałą poduszką do przytulania ;)
Życzenie było na morski kolor. Dlatego do środka też "wpadło" a raczej przyfrunęło trochę tych kolorów:
Dziś tak krótko.
Czasem tak jest dobrze :)
piątek, 31 stycznia 2014
nie wiem od czego zacząć,
może więc zacznę od naszego domu. Mamy gościa, a właściwie pewną gościówkę ;)
Ta dziewczynka ma na imię Cytrynka. Ma już półtora roku i dotąd mieszkała u szkolnego kolegi Zosi. Na czas jakiś wprowadziła się do nas.
Przez tydzień oswajała się z nami, teraz już chyba czuje się bezpiecznie, bo zaczęła sypiać z główką zwieszoną ze swojej norki.
Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i próbuję ją fotografować. I oczywiście najłatwiej to zrobić wtedy, kiedy śpi lub je.W ruchu wychodzi mniej więcej tak:
Jest bardzo zainteresowana aparatem, nawet próbowała podgryzać obiektyw.
Oczywiście porą jej największej aktywności jest noc. Hałasuje na kołowrotku niemiłosiernie więc wyprowadzam cały chomiczy dom z Zosi pokoju, do naszego dziennego - codziennego wielofunkcyjnego pokoju.
Jest po drugiej, kolejna sucha od kaloryferów noc. Wstaję do wodopoju, a nasza Chomiczka - kiedy tylko mnie zobaczy - od razu podskakuje na dwóch łapkach do góry, wyciągając przednie łapki jakby wołała: "help! help! weź mnie! weź mnie! pogłaszcz mnie!!! popatrz jaka jestem słodka i spragniona miłości". Zaspana otwieram, wyciągam to drżące ciało, które całe chowa się w moich dłoniach. Podnoszę do ucha - słychać delikatne prychanie i sapanie. Łaskocze wąsikami. Przez chwilę ją głaszczę. Mówię jakieś miłe słowa. Wiem, że kupiłam ją marchewką i masłem, ale nawet biorąc pod uwagę to przekupstwo - słodkie są jej oznaki sympatii. Wkładam ją z powrotem do mieszkanka. Rozgląda się, na ułamek chwili staje znów na dwóch łapkach, patrzy na mnie i chowa się do swojej norki wypełnionej bawełną. Dopijam wodę i idę spać zadowolona, że mamy takiego słodziaka.
Piękne wąsy, prawda?
Ta dziewczynka ma na imię Cytrynka. Ma już półtora roku i dotąd mieszkała u szkolnego kolegi Zosi. Na czas jakiś wprowadziła się do nas.
Przez tydzień oswajała się z nami, teraz już chyba czuje się bezpiecznie, bo zaczęła sypiać z główką zwieszoną ze swojej norki.
Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i próbuję ją fotografować. I oczywiście najłatwiej to zrobić wtedy, kiedy śpi lub je.W ruchu wychodzi mniej więcej tak:
Oczywiście porą jej największej aktywności jest noc. Hałasuje na kołowrotku niemiłosiernie więc wyprowadzam cały chomiczy dom z Zosi pokoju, do naszego dziennego - codziennego wielofunkcyjnego pokoju.
Jest po drugiej, kolejna sucha od kaloryferów noc. Wstaję do wodopoju, a nasza Chomiczka - kiedy tylko mnie zobaczy - od razu podskakuje na dwóch łapkach do góry, wyciągając przednie łapki jakby wołała: "help! help! weź mnie! weź mnie! pogłaszcz mnie!!! popatrz jaka jestem słodka i spragniona miłości". Zaspana otwieram, wyciągam to drżące ciało, które całe chowa się w moich dłoniach. Podnoszę do ucha - słychać delikatne prychanie i sapanie. Łaskocze wąsikami. Przez chwilę ją głaszczę. Mówię jakieś miłe słowa. Wiem, że kupiłam ją marchewką i masłem, ale nawet biorąc pod uwagę to przekupstwo - słodkie są jej oznaki sympatii. Wkładam ją z powrotem do mieszkanka. Rozgląda się, na ułamek chwili staje znów na dwóch łapkach, patrzy na mnie i chowa się do swojej norki wypełnionej bawełną. Dopijam wodę i idę spać zadowolona, że mamy takiego słodziaka.
Piękne wąsy, prawda?
środa, 29 stycznia 2014
bez pożegnań
Goga kazała mi się żegnać. Że niby mam pożegnać tych, co to tu zaglądają - cierpliwie wbrew pustce - bo skoro nie mam zamiaru pisać to chociaż wypada o tym poinformować.
Dobrze, poddaję się presji, bo z Gogą, jak wiadomo, lepiej nie dyskutować.
informuję:
nie zamierzam przestać pisać
dlatego nie żegnam nikogo
właśnie przygotowałam trochę zdjęć, ale teraz muszę wyłączyć to urządzenie i przebić się przez śnieg w stronę szkoły.
Jeszcze troszkę cierpliwości :)
Dobrze, poddaję się presji, bo z Gogą, jak wiadomo, lepiej nie dyskutować.
informuję:
nie zamierzam przestać pisać
dlatego nie żegnam nikogo
właśnie przygotowałam trochę zdjęć, ale teraz muszę wyłączyć to urządzenie i przebić się przez śnieg w stronę szkoły.
Jeszcze troszkę cierpliwości :)
środa, 6 listopada 2013
narzędzia do pracy
Co jest potrzebne do pracy z dzieckiem grającym na skrzypcach?
Przecież nie tylko wiedza i umiejętności, co oczywiście narzuca się już w pierwszej chwili i one oczywiście są niezbędne. Tak samo jak cierpliwość, łagodność doprawiona szczyptą surowości, nieco poczucia humoru, dużo empatii, zdolność "wyczucia" ucznia tak, by prowadzić go do przodu w jego własnym rytmie, a nie jak każą podręczniki....
To wszystko ma Zośki Nauczycielka. Ma zresztą też coś innego, najważniejszego, coś co wcale nie jest niezbędne (wielu nauczycieli jest odartych z tego daru) ale jeśli pojawia się - za takim mistrzem można iść w ogień. Otóż nasza Pani kocha dzieci. Kocha nie infantylnie i nie na pokaz, bez nadmiaru słów i gestów, ale można to wyczuć na odległość. Dzieciom jest oddana szczerze, wierzy w każde bez wahań, każdym postępem cieszy się jak własnym, rzeczy trudnych nie omija tylko razem z dzieckiem pracuje, a kiedy trzeba - czeka aż głowa czy ręka dojrzeje. Czasem słucham koszmarnych historii z nauczycielem instrumentu w tle i w środku czuję taką ulgę, że nas to ominęło, że Zosia ma fantastyczną Panią, że ja też mam radość ze wspólnych spotkań - niestety w III klasie coraz rzadszych. Młoda wciąż swoje skrzypce uwielbia i choć bywa, że są dla niej wyzwaniem, wciąż ma plan założyć zespół kiedy dorośnie.
Jest taki zwyczaj, że po koncercie klasowym, który odbywa się raz w roku, nauczycielowi instrumentu przynosi się kwiaty, czekoladki... takie drobne "Dziękuję" za przygotowanie do koncertu. Koncert w Zosi klasie był prawie dwa tygodnie temu. Ponieważ Pani czekoladek unika, a kwiatowy sezon bardziej w kierunku chryzantem (osobiście bardzo lubię te kwiaty i nie mam nic przeciwko temu, żeby je dostawać, jednak jeśli nie znam zdania osoby obdarowywanej - wolę nie ryzykować), myślałam nad czymś praktycznym, ładnym i jednocześnie niezobowiązującym.
I wtedy zadałam sobie to pytanie:
Co jest potrzebne do pracy z dzieckiem grającym na skrzypcach?
Nasza Pani wszystko ma. Ma te wszystkie niezbędne oraz nadprogramowe cechy, narzędzia... I wtedy mnie olśniło! Każdy muzyk wie, że na pulpicie oprócz nut muszą leżeć ołówek i gumka. Ale nasza Pani używa także flamastrów. W dużej ilości!!! Nuty Zośkowe są kolorowe, tu zaznaczony półton, tam akcent, jeszcze gdzie indziej zmiana pozycji albo pauza, która ciągle ucieka.
Flamastry - to jest narzędzie uprzywilejowane w naszej klasie skrzypiec.
Nabyłam więc drogą kupna paczkę dwunastu kolorów i uszyłam dla nich schowek.
Przecież nie tylko wiedza i umiejętności, co oczywiście narzuca się już w pierwszej chwili i one oczywiście są niezbędne. Tak samo jak cierpliwość, łagodność doprawiona szczyptą surowości, nieco poczucia humoru, dużo empatii, zdolność "wyczucia" ucznia tak, by prowadzić go do przodu w jego własnym rytmie, a nie jak każą podręczniki....
To wszystko ma Zośki Nauczycielka. Ma zresztą też coś innego, najważniejszego, coś co wcale nie jest niezbędne (wielu nauczycieli jest odartych z tego daru) ale jeśli pojawia się - za takim mistrzem można iść w ogień. Otóż nasza Pani kocha dzieci. Kocha nie infantylnie i nie na pokaz, bez nadmiaru słów i gestów, ale można to wyczuć na odległość. Dzieciom jest oddana szczerze, wierzy w każde bez wahań, każdym postępem cieszy się jak własnym, rzeczy trudnych nie omija tylko razem z dzieckiem pracuje, a kiedy trzeba - czeka aż głowa czy ręka dojrzeje. Czasem słucham koszmarnych historii z nauczycielem instrumentu w tle i w środku czuję taką ulgę, że nas to ominęło, że Zosia ma fantastyczną Panią, że ja też mam radość ze wspólnych spotkań - niestety w III klasie coraz rzadszych. Młoda wciąż swoje skrzypce uwielbia i choć bywa, że są dla niej wyzwaniem, wciąż ma plan założyć zespół kiedy dorośnie.
Jest taki zwyczaj, że po koncercie klasowym, który odbywa się raz w roku, nauczycielowi instrumentu przynosi się kwiaty, czekoladki... takie drobne "Dziękuję" za przygotowanie do koncertu. Koncert w Zosi klasie był prawie dwa tygodnie temu. Ponieważ Pani czekoladek unika, a kwiatowy sezon bardziej w kierunku chryzantem (osobiście bardzo lubię te kwiaty i nie mam nic przeciwko temu, żeby je dostawać, jednak jeśli nie znam zdania osoby obdarowywanej - wolę nie ryzykować), myślałam nad czymś praktycznym, ładnym i jednocześnie niezobowiązującym.
I wtedy zadałam sobie to pytanie:
Co jest potrzebne do pracy z dzieckiem grającym na skrzypcach?
Nasza Pani wszystko ma. Ma te wszystkie niezbędne oraz nadprogramowe cechy, narzędzia... I wtedy mnie olśniło! Każdy muzyk wie, że na pulpicie oprócz nut muszą leżeć ołówek i gumka. Ale nasza Pani używa także flamastrów. W dużej ilości!!! Nuty Zośkowe są kolorowe, tu zaznaczony półton, tam akcent, jeszcze gdzie indziej zmiana pozycji albo pauza, która ciągle ucieka.
Flamastry - to jest narzędzie uprzywilejowane w naszej klasie skrzypiec.
Nabyłam więc drogą kupna paczkę dwunastu kolorów i uszyłam dla nich schowek.
niedziela, 3 listopada 2013
co prawda już listopad przywiewa chłód, ale jeszcze tydzień temu,
w niedzielny poranek - słońce


i grzyby,




Wyeksploatowałam aparat do granic możliwości.



Nie zbieram grzybów. Może trochę dlatego, że nie umiem, a może dlatego, że tak dobrze mi w lesie, że niewiele więcej trzeba do szczęścia. Blaszki muchomorów mogłabym adorować bez końca. To ciekawe, że te najpiękniejsze grzyby i owoce nie są przeznaczone dla człowieka. Wyraźny znak wbrew megalomańskim zapędom - nie jesteśmy takim centrum jak się nam wydaje. Co za ulga!
w niedzielny poranek - słońce


i grzyby,




chyba wszystkie możliwe kolory
Zostaliśmy porwani do lasu. I nie do jakiegoś tam lasu, tylko do lasu mojego dzieciństwa, do którego czasem chodziliśmy na spacery i którego, jako dziewczynka, bardzo się bałam - wydawał mi się ogromny i mocny. Tajemniczy. Nieznany.
A to po prostu Zwierzyniec:
Wyeksploatowałam aparat do granic możliwości.



Nie zbieram grzybów. Może trochę dlatego, że nie umiem, a może dlatego, że tak dobrze mi w lesie, że niewiele więcej trzeba do szczęścia. Blaszki muchomorów mogłabym adorować bez końca. To ciekawe, że te najpiękniejsze grzyby i owoce nie są przeznaczone dla człowieka. Wyraźny znak wbrew megalomańskim zapędom - nie jesteśmy takim centrum jak się nam wydaje. Co za ulga!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















